Wpisy
Znacie creme brulee? Pewnie, że znacie... W większości restauracji widnieje on w karcie deserów zaraz koło panna cotty i szarlotki z lodami. Mega prosty w przygotowaniu, klasyk wśród francuskich deserów. Zrobię go na pewno, ale obecnie dysponuję zbyt dużą ilością białek, żeby sobie pozwolić na coś, co zawiera jedynie żółtka...
Stąd pomysł na kaszkę, która sama w sobie nie jest przecież niczym niezwykłym, jadana od najmłodszych lat i przez niektórych znienawidzona... O ile lubię zupy mleczne, na pełnym mleku (ba, nawet z dodatką śmietanki), to NIENAWIDZĘ mlecznych kożuchów bleeee.... Zazwyczaj wyjadała je moja siostra i mama...straszne!!!
ALe bez obawy, kaszka jest bez kożucha, ze śmietanką i białą czekoladą, z przepyszną chrupiącą skorupką na wierzchu, która podczas przebijania się przez nią łyżeczką daje taki sam odgłos, jak byśmy stąpali po zamarzniętej kałuży, która okazuje sie mieć tylko warstwę lodu na powierzchni i ... nic, moczymy sobie buty, po prostu :-)
A prawda jest taka, że w końcu chciałam wypróbować mój nowy palnik gazowy, wypatrzony kiedyś w Biedronce, który nabrał już "mocy urzędowej" stojąc jakiś czas w mojej szafce. M. wykonał zadanie, zakupił gaz, nabił palnik i ... cóż, wzięłam sie do roboty.
Spróbujcie, naprawdę warto.
Kaszka manna brulee z białą czekoladą
Mleko mieszamy ze śmietanką, dodajemy sól, cukier, wsypujemy kaszkę i cały czas mieszając gotujemy około 3 minut. Zdejmujemy z ognia, mieszamy z pokruszoną białą czekoladą i rozlewamy do 4 miseczek. Studzimy. Wkładamy do lodówki, gdyż kaszka ma być porządnie zimna.
Po wystudzeniu posypujemy każdą porcję łyżką brązowego cukru, który karmelizujemy przy użyciu palnika (podobno można to zrobić pod grillem w piekarniku, ale mnie się nie udało :-().
Podajemy natychmiast po skarmelizowniu cukru. Kaszka powinna być zimna, a skorupka ciepła i chrupiąca... pychotka...
Smacznego :-)
Zapowiadałam już, że zamierzam zrobić ten tort, a raczej dekorację, która już dawno temu wpadła mi w oko podczas przeglądania przepisów w necie... Nie potrafię powiedzieć, u kogo pierwszy raz ją zobaczyłam, faktem jest, że wiedziałam, że i ja kiedyś się z nią zmierzę. Okazją były urodziny teściowej. Wiadomym jest, że z takiej okazji tort musi być po pierwsze - duży, po drugie- robić wrażenie, po trzecie - dwa pierwsze "po" wyczerpują właściwie temat... Ponieważ świnki mają się chlapać w błocie założenie było: czekoladowy krem, jak czekoladowy krem, to i biszkopt czekoladowy... no i żeby nie było za słodko i czekoladowo, zajrzałam do mojego wielkiego słoja z wiśniówką i szczodrą reką wyłowiłam wisienki dla mamusi :-) A co tam...
A co ze smakiem? Hmmm... Tort pojechał na imprezę beze mnie (cóż, dzieci chore), więc powiem krótko: krem- SUPER, nie za słodki, w sam raz. Ciasto mega mięciutkie, ale wiedziałam, że takie będzie. Dlatego piekłam tak, jak piekłam... bez konieczności krojenia na placki... Wisienki... Cóż, im więcej ich jadłam, tym lepszy miałam humor :-) I jak to mawia mama: "Z dobrych składników musi wyjść dobra potrawa" - wszystko na ten temat.
Subiektywna opinia o torcie: jestem z niego mega dumna!!! Dumny był M. (że dla jego mamusi) i Mamusia (że synowa dla niej). Świnki wszystkim przypadły do gustu (podobno), a miałyśmy z dziewczynkami tak dobrą zabawę podczas ich robienia, że z czystym sumieniem ogłaszam, że WARTO było!!!
Była świnka mama (ta z różową opaską), świnka tata (największy prosiaczek), świnka - grzeczna córeczka (z różowym koralikiem), świnka - synek zbuntowany (oklapnięte uszka i prosty ogonek), świna dupka ( :-P) i świnka szczurek (w wykonaniu Julki, specjalnie dla babci)...
A teraz do rzeczy...
Świński tort czekoladowy z wiśniami z wiśniówki
ciasto:
krem:
dodatkowo:
dekoracja:
Ciasto: Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, dodawać kolejno jajka, po każdym dokładnie ucierając (jajka powinny mieć temperaturę pokojową). Dodać pozostałe składniki, zmiksować mikserem do połączenia, wyłożyć na blaszkę z wyposażenia piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia, równo rozsmarować. Piec w temperaturze 180 st.C około 10 minut. Wyjąć, wystudzić.
Krem: zagotować 1,5 szklanki mleka. Pozostałą ilość mleka wymieszać z pozostałymi składnikami kremu, wlać na gotujące się mleko, zmiejszyć ogień, gotować cały czas mieszając, aż masa się zagotuje. Powinniśmy uzyskać domowy budyń, zdecydowanie gęściejszy od tego z paczki (i o niebo lepszy!). Wystudzić, utrzeć z masłem i nutellą.
Świnki: Marcepan ugniatamy dokładnie z czerwonym barwnikiem (dodałam szczyptę barwnika w tubie) tak, jak plastelinę. Robimy kulkę - tułów oraz małą kuleczkę, którą spłaszczamy palcem - nosek. Nosek przyklejamy do tułowia i robimy w nim dwie dziurki za pomocą wykałaczki. Nad noskiem robimy wykałaczką dwie dziurki - oczka, w które wtykami czarną/brązową kulkę/ patyczek z posypki. Do tułowia doklejamy uszy i zakręcony ogonek. Pod ogonkiem robimy dziurkę :-)
I tak jedna za drugą powstają świnki tworzące szczęśliwą rodzinkę :-)))
Wystudzone ciasto przekroić wzdłuż na dwie części w stosunku 1:2. Szerszą część (2) kroimy w poprzek i w ten sposób uzyskamy pierwszy i drugi placek tortu. Węższą część (1) również kroimy w poprzek na pół i składając te części razem uzyskamy trzeci placek naszego ciasta.
Pierwszy placek smarujemy częśćią kremu, układamy wiśnie, przykrywamy kolejnym plackiem, który również smarujemy kremem i pokrywamy wiśniami, układamy trzeci placek (składający się z dwóch części) i całość dokładnie smarujemy kremem. Na środku ciasta robimy "błotko" z kremu czekoladowego, boki obsypujemy pokruszonymi ciasteczkami, na środku ustawiamy świnki.
Smacznego :-)
P.S. Używałam kremu czekoladowego z Lidla, taki z zieloną etykietą, zawartość orzechów taka sama jak w Nutelli, cena niższa; Marcepan - 64% zawartości migdałów - z Aldiego
Przepis znaleziony w magazynie, który dostałam przy okazji robienia zakupów w Bomi. Zmodyfikowny według własnego "widzi mi się" (dodałam spód z ciasta kruchego, zmieniałam nieco proporcje) Modyfikcja wyszła ok, bo sernik zniknął szybciej niż przewidywaliśmy. Lekka struktura, chrupiący nieco, jeśli mamy szczęście trafić na figę :-) Szybki i mega prosty w przygotowaniu. Nie opada po wyjęciu z piekarnika. Przepis na tortownicę o średnicy 20 cm.
Włoski sernik z figami i sosem balsamicznym
ciasto kruche:
masa serowa:
do dekoracji:
Mąkę mieszamy z cukrem pudrem. Zimne masło siekamy na kawałeczki, następnie mieszamy palcami z mąką do momentu aż uzyskamy konsystencję mokrego piasku. dodajemy żółtko i zimną wodę, szybko zagniatamy ciasto, owijamy folią i wkąłdamy na pół godziny do lodówki. Natępnie wylepiamy nim tortownicę. Ciasto przykrywamy papierem do pieczenia, wsypujemy fasolę i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 st. C. Pieczemy 15 minut z obciążeniem, potem do zrumienienia bez papieru i fasoli, wyjmujemy, studzimy.
Żółtka ubijamy z cukrem na puszystą masę, dodajemy zmielony ser, budyń, sok z limonki, skórkę cytrynową oraz pokrojone na plasterki figi. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno i delikatnie mieszamy z masą serową. Wykładamy na podpieczony spód, wkładamy do piekarnika nagrzanego do 170 stC i pieczmy około 1 godziny. Studzimy początkowo w otwartym piekarniku, a następnie wyjmujemy i zdejmujemy obręcz tortownicy.
Po całkowitym wystudzeniu, kroimy na kawałki, polewamy glassą balsamiczną i dekorujemy suszonymi figami.
Smacznego :-)
Wczoraj było słodko... a dzisiaj... też na słodko, choć z mięsem...
Lubię połączenie mięsa z owocami i owocowymi sosami. Dla tych, którzy lubią podobne klimaty powinien to być strzał w 10tkę. Pałki z kurczaka zachowują soczystość dzięki smażeniu w głębokim tłuszczu. Nie bójcie się, że będą ociekały olejem, nic z tych rzeczy. Dzięki temu, że zostały w całości zanurzone w tłuszczu, ich skórka jest chrupiąca, a mięso delikatne i soczyste.
Ananasa polecam kupić świeżego.
Sos malinowy... cóż... pasuje nie tylko do kurczaka, ale też do różnego rodzaju sałatek. Wystarczy mieszanka sałat, podsmażone piersi z kurczaka i odrobina sosu malinowego... mamy gotowe danie...
Kurczak z grillowanym ananasem i sosem malinowym
Pałki z kurczaka nacieramy ulubioną przyprawą do kurczaka, odstawiamy na godzinę. Ananasa kroimy wdłuż na pół, obieramy i kroimy na 4 części.
Dżem malinowy, ocet balsamiczny, oliwę, musztardę mieszamy dokładnie do uzyskania konsystencji sosu. Komu przeszkadzają pestki w dżemie malinowym, może go przetrzeć przez sito.
Smacznego :-)
A niech tam... Poddaję się i wpadam w Walentynkowe klimaty :-)
Na pierwszy strzał biorę coś na słodko... Właściwie to nic nadzwyczajnego, po prostu nieco inny sposób podania deseru, w którym również "miseczka" podlega procesowi konsumpcji... Kształt może być dowolny. Ja akurat miałam silikonowe foremki w kształcie serca, które idealnie pasują na tego typu imprezę... Trochę czekolady, śmietany... maliny mogą być mrożone... Trochę oczekiwania, a efekt murowany...
Czekoladowe serca z bitą śmietaną, malinami i miętą
Czekolady roztapiamy w kąpieli wodnej. Pędzelkiem nakładamy cienką warstwę czekolady wewnątrz silikonowych foremek w kształcie serca, odstawiamy do zastygnięcia. Czynność powtarzamy dwukrotnie. Po zastygnięciu czekolady delikatnie wyjmujemy ją z foremek, wygładzamy krawędzie. Staramy się nie dotykać jej palcami, aby nie pozostawiać odcisków...
Śmietanę ubijamy na sztywno.
Jeśli mamy mrożone maliny, to rozmrażamy je na sitku, aby usunąć nadmiar soku.
Suszoną miętę ścieramy w dłoniach na proszek, ewentualne patyczki i większe części usuwamy.
Czekoladowe foremki napełniamy śmietaną, ozdabiamy malinami i posypujemy sproszkowaną miętą.
Smacznego :-)
A zima trzyma... i nie chce odpuścić. O, zgrozo !!!
Dla tych, którym nie przypadła do gustu moja wczorajsza propozycja wzmacniania odporności, mam dzisiaj coś specjalnego. Coś, czym rozgrzewałam się wczoraj... A skoro się rozgrzałam, to i choroba nie miała szans złapać mnie w swoje szpony...
Bombardini to likier, który możemy kupić w sklepie pod taką właśnie nazwą. Ja proponuję domową wersję, bardziej ekonomiczną... Czy lepszą, nie wiem. Ocenić musiałby ktoś, kto pił Bombardini...
Słodki, mocny, rozgrzewający, doskonały kiedy temperatury na zewnątrz spadają znacznie poniżej 0 stopni. Przy -20 st.C wręcz obowiązkowy, gdy chcemy się szybko rozgrzać po powrocie do domu.
Bywalcy stoków narciarskich na pewno wiedzą, o czym mówię... Przepis od koleżanki.
Domowe Bombardini
Likier jajeczny mieszamy z rumem lub whisky, podgrzewamy w kuchence mikrofalowej (nie gotujemy !!!), nakładamy bitą śmietanę i posypujemy świeżo zmieloną kawą. Pijemy ciepłe wyjadając łyżeczką śmietanę. Proporcje możemy zmieniać zależnie od możliwości naszej ...głowy :-)
Ja używałam likieru jajecznego, który kupiłam w Lidlu. Nie był to ani Advocat, ani Ajerkoniak, ot, likier z zawartością jajek. Dałam biały rum zamiast whisky, śmietanę ubiłam samodzielnie. Nie lubię śmietany w spray'u, ale podobno pasuje...
Polecam, naprawdę rozgrzewa :-)
Smacznego :-)
Walentynki...Walentynki... Ale, aby do cudownej kolacji, przy świecach, których blask będzie się odbijał w oczach ukochanej osoby doszło, przede wszystkim musimy tryskać zdrowiem... aby żadne kichanie, tudzież kapanie z kosa nie zakłóciło tej sielankowej atmosfery :-). Wiem, podobno mróz pokona wszelkie zarazy, które się ostatnio rozpanoszyły, ale nie zawadzi mu trochę pomóc...
Przepis od naszej Pani Doktor, która stwierdziła, że dziewczynom musiała spaść drastycznie odporność, skoro przypałętało się zapalenie płuc u Julki (bez gorączki!!!) i półpasiec u Ani. Wszystko w tym samym czasie... Powoli wychodzimy z chorób, ale dzielnie łykamy (ja razem z dziećmi) miodowo-czosnkową miksturę. Na pewno nie zaszkodzi, a nóż pomoże...
Wszak lepsze to od aptecznych specyfików, których przyswajalność jest naprawdę niska, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy...
Jeśli ktoś ma ochotę skorzystać z przepisu, to polecam.
Czosnkowo-miodowa mikstura uodparniająca
Wodę mieszamy z miodem i sokiem z cytryny, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, mieszamy i odstawiamy w ciemne miejsce na 24 godziny. Pijemy 1 łyżkę 2 razy dziennie. Przechowujemy w ciemnej butelce lub ciemnym miejscu.
Dużo zdrowia :-)
Na blogach zrobiło się tak romantycznie... że aż przesłodko :-)
A ja na przekór wszystkiemu i wszystkim proponuję dzisiaj coś zupełnie innego. Taki test dla ukochanego/ukochanej... Bo zaczęłam się zastanawiać, dlaczgo niby mamy dogadzać naszej, być może przyszłej, drugiej połówce już na początku związku??? Co innego z tymi, których już znamy latami... Nie dla nich takie testy.... Bo oni też nas znają......
Ale jeśli to ktoś nowy, może lepiej jest sprawdzić go/ją na początku... jak sobie radzi w "trudnych" sytuacjach... czego możemy się spodziewać w przyszłości? Czy nie rzuci w nas w przyszłości talerzem, jak zupa będzie za słona...
I myśląc intensywnie doszłam do wniosku, że:
1. Prawdziwa miłość jest wtedy, gdy zjada ze łzami w oczach, bo nie chce nam zrobić przykrości, mimo, że normalnie nie dotknąłby tego nawet kijem... tylko miejmy litość i nie każmy mu wylizać talerzyka :-)... chociaż z drugiej strony, czy chcemy mięczaka, który nie potrafi powiedzieć, że danie nieco "mija się z jego gustami kulinarnymi"???
2. Szczerość jest wówczas, gdy od progu powie, że mu śmierdzi i zabiera Cię na kolację do knajpy... Chyba kocha, skoro nie wychodzi trzaskając drzwiami... Szacun dla takiego odważnego, chociaż w przyszłości jedzenie w knajpach może zrujnować domowy budżet...
3. Jeśli zjada i mlaska z uwielbieniem, że mu smakuje, to trudno cos powiedzieć na temat gorączki jego uczuć, gdyż po prostu trafiłaś na miłośnika owoców morza. Jedno jest pewne - zapunktujesz tak, czy inaczej, bo nie każdy potrafi dobrze przyrządzić ośmiornicę...
4. Jeśli twierdzi, że nie da rady do ust tego wziąć, zakłada fartuch i idzie do kuchni przygotować "coś na szybko", co się da zjeść, nie biegniemy szybko za nim, ale najpierw zamykamy drzwi mieszkania i już go nie wypuszczamy !!!
Żeby być uczciwą powiem, że mój luby nie tknął nawet tego dania. Razem z Julką siedzieli zamknięci na trzy spusty w pokoju, bo im śmierdziało (Julia ostentacyjnie zatykała nos, jak już musiała wejśćdo kuchni), a jak zapytałam M., czy spróbuje, ze strachem z oczach mruknął: "A muszę???".... Hmmm... A mówi, że kocha...
Ja wiem, że on nie zje, a on wie, że dla niego i tak przygotuję dodatkowo to, co lubi... Cóż, "big love"...
Nie ma tego złego... Ośmiorniczki było tylko 500 g, a Ania tak chętna, że już zaczełam się obawiać, że sama ją zje...
A ja jestem mega dumna z tego, jak udało mi się przygotować to danie. Nie mogłam się nacieszyć zapachem, który wypełnił kuchnię podczas gotowania głowonoga... Moje pierwsze sam na sam z ośmiornicą... Właściwie było nas troje, ośmiornica, ja i Ania, która dzielnie mi towarzyszyła, oglądała "zwierzątko" przed i po, oraz była drugą, która posmakowała... Dzielny dzieciak :-)
Tak na poważnie, to polecam je wszystkim, którzy lubią owoce morza, lubią pobawić się w gotowanie... Sposób przygotowania ośmiornicy wypatrzony gdzieś w internecie... Mając gotową ośmiornicę, przygotowanie risotto, to była pestka...
Zostało jeszcze trochę na sałatkę...
Risotto z ośmiornicą i małżami
Ośmiornicę rozmrażamy i zalewamy wodą na około 30 minut, następnie dokładnie płuczemy pod bieżącą wodą. Do szczelnego naczynia żaroodpornego wlewamy 3 łyżki oliwy, wrzucamy kilka ząbków czosnku, wkładamy ośmiornicę i naczynie wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 190 st.C. Musimy zwrócić uwagę, aby naczynie było rzeczywiście szczelne. W przeciwnym wypadku wyparuje nam płyn, który potrzebujemy do risotto.
Pieczemy ośmiornicę około 40-50 minut. Zdecydowanie zmieni ona kształt ze sflaczałego na taki, jaki znamy z restauracji :-) Zawsze możemy spróbować kawałeczek i osądzić samemu, czy jest już gotowa. Ja tak zrobiłam.
Na patelni ropuszczamy 2 łyżki masła, wrzucamy cebulkę pokrojoną w kosteczkę oraz przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku. Smażymy do momentu, aż cebula się zeszkli, ale uważamy, aby nie zbrązowiała. Wrzucamy ryż i smażymy, aż stanie się szklisty, wówczas zalewamy winem i czekamy aż odparuje. Następnie zaczynamy stopniowo dolewać gorący bulion pozostały po gotowaniu ośmiorniczki. Jeśli jest go mniej niż 500 ml (a pewnie tak będzie) to uzupełniamy braki wrzącą wodą. Bulion jest na tyle esencjonalny, że nie zaszkodzi mu, jak go rozcieńczymy. I tak, dolewamy kolejne porcje bulionu i czekamy aż ryż je wchłonie. Kiedy już stwierdzimy, że ryż jest al dente (po około 15 minutach takiej zabawy), doprawiamy solą, świeżo zmielonym pieprzem, a następnie wrzucamy pokrojoną na kawałki ośmiornicę oraz małże (wcześniej rozmrożone i wypłukane), smażymy kilka minut, aby danie było gorące, zdejmujemy z ognia, dodajemy łyżkę zimnego masła, mieszamy i wykładamy na talerze. Przed podanie, posypujemy posiekaną pietruszką.
Dla mnie boski smak, ale ja nie jestem obiektywna, bo przepadam za owocami morza. Mój M. też nie jest obiektywny, bo ich nie cierpi... Bo prawda jest taka, że albo je lubimy, albo nie... tutaj nie ma niezdecydowanych...
* miałam 3 ośmiorniczki o łącznej wadze 530 g, zakupione w Lidlu, zamrożone, przygotowane w taki sposób, że wystarczyło je tylko wypłukać wodą przed dalszą obróbką...
zdjęcia jednej z ofiar... wspominamy ją z Anką ze łzami tęsknoty w oczach...
Smacznego :-) Bądź też nie... :-)))
Właściwie to nie wiem dlaczego to ciasto tak się nazywa..., bo w smaku popularnego batonika nie przypomina, ale też za bardzo nie wnikam w pochodzenie nazwy...
Jedno jest pewne: zawsze się udaje i wszystkim smakuje. Mięciutki kakaowy spód i chrupiąca, orzechowo - rumowa góra. Dla mnie to idealne połączenie. Nieco się kruszy poczas krojenia, ale to tylko świadczy o tym, że spód jest idealnie przygotowany. Doskonały na wszelkie imprezy, kiedy to mamy przygotować coś słodkiego dla większej ilości osób, także do pracy, bo łatwo w nim nieco procentów przemycić :-P
Przepis wyszperany dawno, dawno temu w Galerii Potraw, zmodyfikowany i odkurzony całkiem niedawno.
Snickers rodzynkowiec
ciasto:
masa orzechowa:
polewa:
Ciasto:
Masło ucieramy z cukrem do białości, dodajemy po jednym jajku, każdorazowo miksując do połączenia się składników, dodajemy pozostałe składniki, miksujemy, wylewamy blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy około 30 minut w temp. 180 st.C
Masa orzechowo-rumowa:
Rodzynki i żurawinę zalewamy rumem i odstawiamy do naciągnięcia (ja zostawiam je na całą noc). Na patelni rozpuszczamy masło z cukrem, dodajemy pozostałe składniki i smażymy około 20 minut.
Ciepłą masę wykładamy równomiernie na upieczone ciasto i odstawiamy do wystudzenia.
Polewa:
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, mieszamy ze śmietanką, polewamy nią ciasto.
Smacznego :-)
Na blogach głośno o pączkach... Każdy chce być przygotowany do nadejścia godziny zero. Skoro każdy, to ja też :-). Ale u mnie wersja pieczona. Nie, żebym nie lubiła tych tradycyjnych, smażonych na smalcu, czy oleju, broń Boże! Ja je uwielbiam. Ale byłam ciekawa, czy tradycyjne pączki można upiec w piekarniku. Można, z całkiem niezłym skutkiem.
Zmodyfikowany przepis pochodzi z BBC GoodFood.
Nawet jeśli ktoś zastanawia się, czy warto dla kilku paczków bawić się pół dnia (ja długo tak myślałam :-))... powiem szczerze - WARTO!!! Po to, żeby sobie udowodnić, że pączki to nic wielkiego, po to, aby mieć satysfakcję z udanego wypieku, po to, aby w pracy pochwalili, po to, aby mąż powiedział, że lepszych nie jadł, po to... aby mieć niezapomniane popołudnie spędzone z dziećmi na super zabawie. Bo takie jest właśnie pieczenie pączków -SUPER!!!
Robiłyśmy z dziewczynkami malutkie pączusie, połowa standardowych rozmiarów, część z marmoladą, część "bez niczego" - dla Julki...
Delikatne, mięciutkie, długo świeże... Brakuje im charakterystycznego dla pączków zapachu smażonego oleju, w smaku przypominają raczej bułeczki niż tradycyjne pączki...
Pączki pieczone
Mleko podgrzewamy. Żółtka ucieramy z cukrem na puszystą masę, dodajemy pozostałe składniki (oprócz masła) i wyrabiamy mikserem około 5 minut przy użyciu końcówek do ciasta drożdżowego. Dodajemy miękkie masło i ponownie wyrabiamy mikserem, kolejne 5 minut.
Ciasto posypujemy mąką, miskę przykrywamy ściereczką i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 35 st. na około 30 minut lub do czasu, aż ciasto podwoi swoją objętość.
Następnie wyjmujemy na blat oprószony mąkę, spłaszczamy, szklanką wycinamy kółeczka. Na środek każdego kółeczka nakładamy łyżeczkę marmolady i dokłądnie sklejamy brzegi. Układamy sklejeniem do dołu, na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 35 st. C do wyrośnięcia (około 30 minut). Wyrośnięte pączki wyjmujemy z piekarnika, zwiększamy temperaturę pieczenia do 180 st.C i po jej osiągnięciu, wstawiamy blaszkę z pączkami do środka i pieczemy około 15 minut.
Następnie wyjmujemy, pozwalamy im wystygnąć i posypujemy cukrem pudrem.
Jak wspomniałam na początku, zabawa była niezła...
...potem nastąpiło zasypywanie pączków cukrem pudrem...
... a na końcu okazało sie, że pączków było za mało :-(
...Spieszmy się je jeść, tak szybko znikają...
Smacznego :-)
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 |